Music ♥

sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział 76

"Czasami musisz stracić wszystko, by znowu to zdobyć, a ponowne zdobywanie jest słodsze przez ból straty"."


Mam nadzieję że pomoc Andrei przyniesie mi lepsze dni. Nowe jutro. Nowe dni i odrodzenie samej siebie. Miałam siłę by walczyć o swoją przyszłość i się nie poddam. Byłam w odpowiednim miejscu z bardzo dobrymi ludźmi,oni bez żadnych pytań przyjęli mnie do swojego grona. Za to będę im zawsze wdzięczna . Musiałam iść dalej. Życie się nie skończyło.  
         ~ Mijały dni i tygodnie. Uzupełniałam się z dnia na dzień czując że pewne rany się zabliźniają...Niestety miewałam koszmary w których było całkowicie odwrotnie i coś mi mówiło że to nie koniec moich łez.... Co jak co ale te myśli prześladowały mnie od dłuższego czasu..... Codziennie chodziłam do pracy i wypełniałam swoje obowiązki. Codziennie widziałam uśmiechy moich przyjaciół i dzięki nim wiedziałam że jestem u siebie. Jadłam wstawałam i jadłam. Dużo czasu spędzałam w kuchni wraz z Tomasem i Andreą. W wolnym czasie drażniłam się z Alejandrem przed którym nic się nie dało ukryć. Natan gdy bywał u swojego kuzyna także przyprawiał go o rogi. Nie odczuwałam straty tak bardzo....tak przynajmniej chciałam. Ból powracał nocą gdy wspominałam dawne czasy.Tylko po co ja to robiłam? By jeszcze bardziej się zdołować? Tak bo nic innego mnie nie prześladowało tak bardzo jak to. W pewnym stopniu już się z tym pogodziłam a z drugiej...wciąż obwiniałam się za zdradę. Na początku było ciężko opamiętać się ale Andrea i Tomas zadbali o to bym cały czas była czymś zajęta. 
                                                                      2 lata później 


Usłyszałam męczący budzik jak co rano zwalając z szafki  butelkę z wodą. Z zamroczonymi oczami odszukałam łazienkę i zajęłam się sobą. Umyłam włosy i zęby dodając do tego nałożenie maseczki. Słońce miło oświetlało mi pokój dodając mi do dzisiejszego dnia energii. Uśmiechnęłam się w duchu w podskokach schodząc na dół. Przez ten czas niewiele się zmieniło. Andrea wciąż zarywa do Tomasa tylko że teraz on już się nie opiera,z każdym dniem widzę ich chemię która wisi w powietrzu.Cudownie jest widzieć dwoje ludzi który tryskają miłością do siebie nie zapominając o mnie. Każdego dnia sprawiają że uśmiech nie schodzi mi z twarzy i każdego dnia widzieli mnie taką samą. Jak co rano odbieraliśmy swoje przydziały i mieliśmy niezły ubaw.
 -znowu ci się upiekło!-zmrużył oczy Tomas- masz dwie przerwy a ja tylko jedną i to 10 min!-zaśmiał się niemal kładąc się na ziemie. Pokazałam żeby się walnął w swój pusty łeb po czym schował do kieszeni uniformu notes i razem wyszliśmy z kuchni. Adrea dołączyła do nas gdy tylko przekroczyliśmy próg głownej sali
 -Al chciał cię widzieć-dodała Hiszpanka
 -mnie? czyżbym miała zmienić posadę?-uniosłam brwi po czym szybko pomaszerowałam do mojego zarządcy. Nie pukałam,dobrze wiedział że nie mam takiego zwyczaju. Tomas mnie tego nauczył. Jak coś to wina leży po jego stronie. Minęły 2 lata odkąd ponownie stanęłam w jego biurze.
 -Hej Al...-chrząknął na te słowa-Panie Alejandro-przełknęłam głośno ślinę cicho się śmiejąc
 -Wezwałem cię tutaj z pewnej przyczyny a no takiej że...powie ci o tym dyrektor-odsunął się i pojawił mi się przed oczami nowy obraz.
Wysoki spasiony mężczyzna. To DYEREKTOR? Wyglądał mi na woźnego
 -Panno Montez  awansowała pani-dodał z uśmiechem wyglądając mojej reakcji.Mrugała oczami próbując przyswoić sobie tą informację. Ja awansowałam? A może to było coś innego?
 -słucham?-spytałam nie mówiąc że nic do mnie nie dotarło
 - Dostała pani awans-powiedział wysoki mężczyzna poprawiając krawat.
 -ja? tzn naprawdę?-poprawiłam się zerkając na Alejnadra. W głowie miałam już ten krzyk "Mamy cię!" i pełno confetti w biurze Alexa. Tak jednak się nie wydarzyło czyli....czyli rzeczywiście awansowałam.
 -już od dawna chcieliśmy to pani przekazać ale nie było okazji więc teraz pani może się cieszyć awansem-temu facetowi nie znikał uśmiech z twarzy. Nie wiedziałam co zrobić jak się zachować.Nic. Pustka,czarna dziura.
 -Dziękuję-powiedziałam uściskując ręce Alejandra i Dyrektora którego imienia nie zdążyłam poznać. No trudno,przy następnej okazji. Gdy dyrektor wyszedł zaczęłam swoje dzikie tańce które wyglądały tragicznie przy schodach wyjściowych. Nie mogłam się powstrzymać od pisku ale najszybszą rzeczą jaka przyszła mi do głowy to taka by powiedzieć to Tomasowi i Andrei. Jedynym miejscem gdzie mogłam ich znaleźć była jadalnia gdzie oboje nakrywali stoły.
 -powiem wam nowinę-powiedziałam powstrzymując się od pisku który był niemalże słyszalny w moim głosie
Odwrócili się z zapytaniem na ustach
 -Dostałam awans!-krzyknęłam tańcząc w miejscu,ludzie dziwnie się na mnie patrzyli ale nie obchodziło mnie to. Liczyło się moje szczęście
 -czyli teraz już nie będziemy się przyjaźnić?-spytali sarkastycznie
 -jestem waszym panem,klękajcie na kolana i to już-roześmialiśmy się w tym samym momencie. Widziałam po ich twarzach że są dumni ze mnie i wraz ze mną cię cieszą
 -dzisiaj po pracy razem to uczcimy-powiedziałam odzyskując normalny ton głosu.
 -dostała awans i już robi imprezy.....to jest prawdziwy szef-dostałam prawego kuskańca jednocześnie zanosząc się śmiechem. Poprawiłam swój uniform i poszłam zajrzeć do kuchni. Kuchnia to następne miejsce w którym uwielbiałam przebywać. Gdy tylko przekroczyłam próg poczułam zapach.....
 -co tak wybitnie pachnie?-spytałam nie dostając odpowiedzi. Cicho i głucho,
Gdzie podział się Rodrigo? Podeszłam bliżej garnków i ujrzałam same pyszności. To były homary,owoce morza,zupa kremowa,udziec z szynką parmeńską i wiele innych dań których sama jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Było tyle dań...czyżby szykowało się coś większego? Do kuchni wparował Alejandro
 -nie mogłem cię znaleźć-wydyszał- mam pilny wyjazd i musisz mnie zastąpić-sapnął podając mi różne kartki
 -ja..? ale ja tylko?......-mówiłam cicho
 -przecież jesteś moim następcą czy nie?-spytał z uniesionymi brwiami
- twoim zastępcą?-zdziwiłam się robiąc duże oczy. Zabrakło mi języka w gębie.
 - ach...-złapał się za głowę- dzięki awansowi z głównego kelnera wchodzisz na zastępcę-westchnął- ja też za nim stałem się zarządcą byłem zwykłym kelnerem-dodał zawieszając na haku swój uniform.  Nie wiedziałam jak się zachować powinnam się odwrócić czy jak? W końcu nadal stał wyżej ode mnie. Gdy zdjął uniform dopiero teraz dostrzegłam jego wygląd poza pracą. W pracy i tak świecił perfekcją ale poza nią....
 -teraz masz okazję wykazać się swoją organizacja-dodał-przyjdzie do nas klient który chce zorganizować u nas swoje urodziny i zależy mu na dobrym lokalu i personelu-powiedział Al
 -ale ja nie potrafię tak bez ciebie....to twoja praca....-spojrzałam na niego zmartwiona
 -obserwowałem cię od roku i naprawdę nadajesz się lepiej niż nikt inny-powiedział to tak że mimowolnie sama do siebie zaczęłam się szczerzyć. Mu także nie umknął szeroki uśmiech po opowiedzeniu mi moich obowiązków. Gorzej być nie mogło.
 -zrób to póki nie wrócę w razie pytań pytaj się Juliecie-dodał szybko i wyszedł z kuchni
 -Zaczekaj-krzyknęłam dotrzymując mu kroku- czy ja...czy mogę..
 -Alex-westchnął....-muszę to przegryźć-zaśmiał się ukazując swoje białe uzębienie-teraz jesteśmy na równi Montez-krzyknął przy drzwiach i pokazał że mnie obserwuje. Po jego wyjściu poczułam że powierzył mi swoje zaufanie i liczy że sobie poradzę. Sprostam zadaniu,jeśli Alex we mnie wierzy to i czas bym ja uwierzyła w swoje nowe stanowisko. Na recepcji zobaczyłam leżące ubranie. Wypachnione i czyściutkie z moim nazwiskiem. Nie było zwyczajne bo nie było w kolorze czerni a w kolorze bordo taki jaki miał Alejandro. Oczy lekko mi sie zaszkliły na widok gwiazdki przy swoim nazwisku. Podziwiałam swoje ubranie tak długo aż nie przypomniałam sobie że mam obowiązki. Z wielkim bananem na ustach przebrałam się we właściwy uniform. Stary powiesiłam na wieszaku przypominając sobie początki. Minęły dwa lata...dwa niezapomniane lata. Osiągnęłam wyższy poziom w pracy w której początkowo nie chciałam pracować. To się zmieniło dzięki tym ludziom którzy tak wiele mi powierzyli. Oni otaczali mnie ciepłem i miłością. Nie raz pocieszali w chwilach zwątpienia i pouczali gdy robiłam błędy. Zajmują szczególne miejsce w moim sercu. Bez względu gdzie los mnie w przyszłości zawieje...będę z nimi a restauracja Bellavista del Jardin del Norte pozostanie mi na zawsze w pamięci. Zeszłam na dół tak jakby odmieniona. Dzięki temu awansowi ponownie uwierzyłam w siebie i byłam gotowa na dalsze wyzwania.
 -mamy dzisiaj dużo gości?-spytałam Juliety przy recepcji
Ona przejrzała mnie od góry do dołu i uśmiechnęła się szeroko
 -tak miało być-powiedziała wyciągając przed siebie ramiona. Przytuliła mi pogratulowała awansu- a tak wracając to nie,wszyscy wybyli na trening-dodała uzupełniając coś w komputerze. Gościliśmy u siebie sportowców zza granicy i zawsze rano wysyłaliśmy za nimi różne napoje i catering. Dlatego Rodrigo...teraz już rozumiem. Kobieta zajęła się swoimi sprawami a ja nie miałam gdzie się podziać póki ten"klient się nie pojawi". Zostałam na dole dopatrując wszystkiego. Tuż po powrocie tych sportowców zaczyna się godzina obiadowa i kelnerzy powoli ustawiali stoły i szykowali się do wydawki. Zerknęłam na zegarek,dochodziło południe. A co jeśli przegapiłam to spotkanie? Alex mnie zabije...i pożałuje że dał mi awans a ja.....
 -przepraszam-zaczął męski głos dotykając mnie lekko po ramieniu
Odwróciłam sie gotowa na pewne rozczarowanie.Wszędzie poznałabym ten akcent.... 
 -chcę potwierdzić moja imprezę urodzinową-chrząknął wprawiając mnie w słup. Uniósł wzrok i spojrzał na mnie szukając mojego odznaczenia-Miałem zastać Alejandro a zostałem kogoś innego-podrapał się po karku
 -jestem jego zastępcą-powiedziałam cicho,czując zimne dreszcze na sobie.-Alejandro poinformował mnie o wszystkim-powiedziałam zdobywając się na odważniejszy ton
 -w takim razie dobrze-dodał mężczyzna-potwierdzam rezerwację na dzień 24 czerwca a co i jak to jeszcze będzie do ustalenia z kucharzami tak?-uniósł brwi
 -oczywiście-posłałam mu lekki uśmiech- dopniemy wszystko tak by wyszło idealnie i byłby pan zadowolony-skinęłam głową pokazując mu mniej więcej menu. Menu które sama pisałam kilka minut temu. No ładnie ciekawe czy mu się spodoba. Cały czas miał uśmiech więc mogłam wywnioskować że te danie mu odpowiadają. Ta ciekawe czy Rodrigo będzie taki zadowolony jak mu to przedstawię.
 -wszystko bardzo mi odpowiada nie wiedziałem że serwujecie tutaj takie desery-zaśmiał się-zatwierdzam i przekaż kucharzowi że tak jak tu pisze ma być zrobione
 -sama tego osobiście dopilnuję-dodałam-mogę jeszcze pańskie nazwisko?-zapytałam
Pokiwał głową i podpisał tam gdzie mu wskazałam. Omal nie dostałam zawału,chociaż tu już mogło mnie nie zdziwić z kim przed chwilą rozmawiałam. Mężczyzna odszedł pozostawiając swój numer telefonu na recepcji i coś jeszcze. Coś czego całkowicie się nie spodziewałam.  To obudziło się we mnie,odebrałam to jako powrót,jako osobiste ponowne zaproszenie do ich życia. Człowiekiem przy którym poczułam takie dreszcze był we własnej osobie Leo Messi. Położyłam całą zapisaną kartkę na blacie i puściłam swoje łzy w kuchni. Nikogo nie było wiec uznałam że muszę to przeżyć. Kiedyś musiało to wrócić. Uczucie które stłumiłam powróciło ze zdwojoną siłą. Tylko teraz miałam o tyle gorzej że stanęłam z nim twarzą w twarz i nie dostrzegłam nic by mnie poznał. Ogarnęłam się i szybko umyłam twarz bo mój makijaż spłynął jak mój spokój. Akurat że dobrze Tomas i Andrea obsługiwali w bawialni więc mogłam uniknąć ich pytań. Przyrzekłam że więcej do tego wrócę....a co jeśli to oni chcą wrócić do mnie? Jakaś część mnie ponownie obudziła w sobie żal i smutek a ta druga krzyczała że to nowa szansa że to spotkanie nie było przypadkowe. Ta data przypomniała mi jak wiele byłam w stanie znieść by być w tym miejscu i jak wiele osób musiało mi pomóc w tej zmianie. Wyrzuciłam sobie te złe myśli i weszłam na wyższy stopień hotelu. Byłam na tarasie. Przyjrzałam się temu miastu raz jeszcze. Raz jeszcze musiałam poczuć że coś ma sens w moim życiu,że to co działo pozostanie we mnie na zawsze, że ponownie to co utraciłam mogę zdobyć. Wdychałam ciepłe i czyste powietrze czując że w środku powoli się uspokajałam. To zawsze mi pomagało,a jednak to miasto wciąż daje mi siłę na lepsze jutro które jak oczekiwałam nadeszło i czekało na mnie dwa lata. Teraz już wiedziałam że to od początku tak miało być,i teraz bezwględu na wszystko wykorzystam tą szansę. Przymknęłam oczy wpatrując się w umiejscowiony ośrodek treningowy Barcelony. Ujrzałam stojący w pobliżu czarny samochód który bez problemu poznałam. Uśmiechnęłam się przez łzy czując słoną ciecz na ustach.
 -To wszystko ma sens-szepnęłam sama do siebie szukając cienia pocieszenia-dziękuję za te dwa lata które uczyniły mnie silniejszą ale przeszłość mnie dogoniła i nie zamierzam się ukrywać-powiedziałam zamykając za sobą drzwi od tarasu. Na dole zastałam Alexa.
 -i jak?-spytał z uśmiechem
 -dobrze,wszystko tutaj masz-podałam mu potwierdzoną rezerwację i wyszczególnione Menu
 -te dania...są całkowicie inne niż nasze Menu-skrzywił się- nie mów że je zatwierdził?-spytał z przekąsem
 -niestety chciałam go uprzedzić ale już było po wszystkim-westchnęłam licząc na dalsze zaufanie
 - skąd je znasz?-pytał przeglądając dania- byłaś kiedyś w Argentynie?
 -Nie, ale mam znajomego który kochą tą kuchnie i bardzo często pytałam się co je i przez to wiele z nich zapamiętałam-uśmiechnęłam się dumnie po części wyznając prawdę.
 - to musi być bardzo rodzinny bo sam znam te dania z własnego domu,Rodrigo będzie wniebowzięty że chociaż raz będzie mógł ugotować to co sam zna z domu-powiedział podpisując papierki na dane zamówienia- dobrze się spisałaś-powiedział i spojrzał na mój uniform-widzę że ci się podoba ta posada-wyznał tym razem jako Alex a nie mój zarządca....nie teraz niby jesteśmy na równi tak jak sam stwierdził. Przyznałam mu rację,bardzo mi się spodobała. Teraz to moje stanowisko które sama osiągnęłam. 
 -jutro możesz mi pomóc właśnie z Menu pogadamy z Rodrigo-pokazał na gwiazdkę którą też sam nosisz-należysz do nasz-objął mnie lekko ramieniem posyłając swój najlepszy uśmiech. Nie musiał tego mówić
 -dziękuję za to-wywróciłam oczami przypominając sobie jego początkową dezaprobatę wobec mnie
 -za co?-uniósł ramiona wciągając na siebie marynarkę kelnerską.
 -za awans i uśmiech-szturchnęłam go lekko nie czekając na odpowiedź. Tomasowi i Andrei to nie umknęło i szybko przygarnęli mnie do siebie. 
 -widać że radzisz sobie lepiej z nim niż ja-zaczął Hiszpan...ale chwilę....
 -ty jesteś Argentyńczykiem!-pisnęłam-to dlatego tak dobrze znasz....-w powietrzu wisiało to co chciałam dalej powiedzieć
 -takim na pół-zaśmiał się- Alejandro też,większość spędziliśmy tam ale już od  4 lat mieszkamy tuta więc wiesz-objął mnie mocniej
 -Alex widzi w tobie wielki potencjał-wyznała Andrea-spójrz tylko na twoją gwiazdkę-pokiwała śmiesznie głową- w przyszłości wiąże z tobą nadzieję-dodał Tomas-oczywiście po mnie-przypomniał nam o sobie chłopak wprawiając nas w śmiech. Tak dobrze było czuć że niczego to nie zmienia. 
 -a co znaczyło że lepiej sobie radzę?-uniosłam brwi
 -dzięki tobie się uśmiecha a ty jako jedyna sprawiłaś że po raz pierwszy od kilku lat chodził cały dzień z bananem na twarzy-szepnął brunet-muszę ci się aż ukłonić-zatrzymał się i kleknął przede mną. Co za głąb. Jeszcze ludzie się głupio na nas gapili..no brawo Tomas.
 -wstawaj bo więcej nie zobaczysz swojej pięknej buzi w lustrze-szepnęłam przez zaciśnięte zęby
Chłopak zrobił przerażoną minę(albo chociaż próbował) i wstał zanosząc się głośnym śmiechem. Resztę dnia spędziłam z nimi sprawdzając czy ktoś się nie obija a na sam koniec wybraliśmy się do baru. Zamówiliśmy sobie soki pomarańczowe z lodem. Mogłam napić się w spokoju zapominając o tym co mnie dzisiaj spotkało. Stwierdziłam że prędzej czy później musiało się to zdarzyć i chcąc czy nie chcąc byłam gotowa przyjąć za to konsekwencje. Chyba że los sprawi że MÓJ NAJLEPSZY PRZYJACIEL I PIŁKARZ POD SŁOŃCEM mnie nie pozna. Tak to byłoby piękne kłamstwo.

****
I jak wam się podoba? Mówice w komentarzach. Dzisiaj Sylwester...Boże jak to szybko minęło,tyle się działo odkąd napisałam tutaj pierwszy rozdział...Dziękuję za ten rok i liczę że wam wszystkim przyszły rok przyniesie to co najpiękniejsze i będzie lepszy niż ten ♥



środa, 28 grudnia 2016

Rozdział 75

"Kochanie uwierz mi, ja czasem nie mam sił,ale zależy mi na Tobie i sobie dziś,to wszystko dzieje się za szybko i może nic nas nie rozdzieli,chociaż dzieli nas tysiące mil"

Najlepszy przyjaciel Leo...osz.....chyba niżej nie mogłam upaść. Naprawdę. A co jeśli on...jeśli on wszystko wiedział i tylko mnie sprawdzał?To byłby mój koniec. A z drugiej  skonfrontowałabym się z przeszłością raz na zawsze. Weszłam do siebie czując że schodzi ze mnie całe napięcie i czym szybciej chciałam się znaleźć w swoim łóżku.Tylko o tym marzyłam w tym momencie. Rzuciłam się na nie tak szybko jak umiałam. Nie wiem co mnie w tamtym momencie ogarnęło ale zaczęłam się śmiać. Śmieszyło mnie to całe zdarzenie że nie poznałam wcześniej że to Kun i od tak sobie dałam się omamić. Tak brawo dla mnie,brawo że sama się wydałam.Nie zdziwiłabym się gdyby za chwile w tych drzwiach pojawił by się Leo z ..z Anto u boku i Thiago i pewnie Mateo.....STOP CELIA PRZESTAŃ.Może jednak to się nie wydarzy....może będzie tak jak teraz...w końcu Kun wrócił do Angli...a Leo...nie wiem co się z nimi dzieje......Są na wyciągnięcie mojej ręki w każdej chwili...PRZESTAŃ!-krzyczał mój rozum.  A może by tak napisać list...ale list to tylko słowa...nie mogłabym wszystkiego tam napisać. Nim ruszyłam choćby palcem zasnęłam. Sen to najlepszy sposób by zapomnieć... Oczywiście miałam takie super szczęście że długo nie mogłam pospać i obudziłam się wcześniej niż myślałam. Na budziku widniała godzina 4;30. Wyjęłam z szafy strój to biegania i po cichu opuściłam hotel. Ruszyłam biegiem jak najdalej się dało,przed siebie....tam gdzie znajduje się koniec...czy koniec był możliwy? Mój na pewno. Biegłam nie licząc ile...nie czując że moje stopy wysiadają....w końcu stanęłam a przed oczami ujrzałam dom Leo. Byłam poza Barceloną w Castelldefels. Wypuściłam głośno powietrze. Ujrzałam budynek w całej swojej okazałości. Był taki jaki go zapamiętałam.Było cicho..Pewnie wciąż byli na wakacjach...Zasłużyli na wypoczynek. Gdy już chciałam odejść.. usłyszałam głosy...głos Thiago a na podjeździe czarny Cadillac,samochód Leo.
 -Mamo tam ktoś jest-dodał maluch-gdzie synku?-odezwał się kobiecy głos..To była Anto?Nie poznałam jej...Moja Anto...
 -tam-pokazał na mnie..na płot przez który oddzielał mnie od nich....Mogłabym dobrze go przeskoczyć i tam stanąć...a także utonąć we łzach przed moją..może już byłą najlepszą przyjaciółką.
 -to pewnie kotek albo piesek synku tam nikogo nie ma-powiedziała krótko. Nie widziałam jej twarzy ale pomimo tego czułam to co ona w tej chwili...a to moja wina. Nie miałam już w zamiarze przeskoczenia a jedynie posłuchania co u nich
 -Anto Thiago chodźcie do środka zaczyna padać-dodał gruby głos,to Leo jak zawsze ostoja rodziny. Łzy same cisnęły się do oczu póki nie poczułam że to nie moje łzy zaczynają mnie moczyć.  Schowałam się po żywopłotem Messich i nie pozostało mi nic jak tylko patrzeć na nich przez ostatnie sekundy. Spojrzałam na drugą stronę...jechał samochód i nim się obejrzałam ochlapał mnie tak że nie zostało na mnie nawet suchej nitki. Niebiosa mszczą się na mnie widzicie,to nie jest dobry znak. Przeklinałam pod nosem wiedząc że to jednak mój wielki koniec z wielkimi W i K. Thiago zabrał zabawki starannie je układając na swoim miejscu. Anto siedziała na laku obserwując syna. 
 -mamo to jest zabawka od cioci Celii- powiedział malec
Anto...to nie....Nie umiałam nic powiedzieć. Wielka gula wyrosła mi w gardle.
 -tak,ciocia dawała ci dużo zabawek-wzięła go na kolana-a którą lubisz najbardziej?-spytała ze smutkiem w głosie
 -misia-dodał cicho-ciocia zawsze była milsza przy misiach na boisku dawałem jej wycisk-zaśmiał się Argentyńczyk
  -tata opowiadał jak to szczelałeś jej bramki-powiedziała po raz kolejny łamiąc mi serce
To ja sprawiłam że była w takim stanie
 -tak i tęsknie za nią-teraz to on zauważył że mnie nie ma-kiedy ciocia wróci z wujkiem Neymarem?-mały nie ustępow
Nie chciałam a może nie mogłam znać odpowiedzi...Nie ma odwrotu...to co najgorsze właśnie nastąpiło. Miałam dość tego widoku.Odwróciłam twarz...zaczęłam biec...nie widziałam drogi serce kierowało moimi nogami. W głowie tylko jeden obraz-smutek Anto. A to wszystko moja wina...nikomu nie życzę takiego widoku. Pewnie Anto powie coś w stylu że nie długo i wszytko będzie takie szare. Szaro i buro tak właśnie było na zewnątrz. Wyjątkowa pogoda jak na śródziemnomorskie klimaty.Moje oczy zasłaniały łzy nie wiedząc dokąd biegnę. Nie liczyło się nic....
Dlaczego do cholery tak musi być? Dlaczego ja?...Dlaczego chroniąc innych nie umiem ochronić sama? Czy postąpiłam źle odsuwając ich ode mnie? Czy kiedykolwiek ponownie będę mogła ich zobaczyć szczęśliwych? Dlaczego muszę tutaj tkwić i użalać się nad sobą? Mam jedno życzenie niech mi wybaczą. Tylko o to proszę. Moje nogi w końcu odmówiły posłuszeństwa gdy zatrzymały się przy hotelu. Gdy popatrzałam na siebie wyglądała jak siedem nieszczęść. Ciekło ze mnie gorzej niż z kranu. Alejandro przeżegnał się jak mnie zobaczył
 -Celia...-uchylił usta widząc mnie taką
Ja też bym się zdziwiła
 -tak tak biegałam i złapała mnie ulewa nic więcej-dodałam pociągając nosem. Spuściłam głowę w dół nie chcąc ujawnić prawdziwych intencji. Nie musi o wszystkim wiedzieć. Poszłam do siebie wyciskając ostatnie łzy z moich oczu. Wzięłam w swoje ręce ręcznik i zatopiłam w nim twarz. Przycisnęłam go mocniej do twarzy czując napływ słonej cieczy. Czemu nie mogą być szczęśliwi przecież dlatego wyjechałam.....Wysuszyłam włosy związując je w wysokiego koka...Mówili że w rozpuszczonych lepiej..ale to było kiedyś. Zeszłam na dół zakładając uniform. Nie miałam chwili spokoju...napadł na mnie Tomas
 -Al wspomniał że ...
 -że byłam cała mokra? Tak? to fajnie-ucięłam zabierając ze stolika plan i notes. Tomas szybko mnie dogonił.Trochę za ostro zaczęłam.
 -Julieta cię widziała...mówiła że byłaś na samym końcu Barcelony-dodał cicho
 -bo to prawda potrzebowałam oddechu a stało cię coś zupełnie innego-wzruszyłam ramionami o mal nie zderzając się z innym kelnerem. Tomas spojrzał na mnie z ukosa widząc co się ze mną dzieje.
 -nie naciskam-dodał-uważaj na siebie-powiedział odbierając zamówienie. Spojrzałam w jego stronę na chwilę zdobywając zdobywając się na uśmiech. Nie kiedy uśmiech jest ucieczką od tego co złe.Uśmiechnęłam się blado i wróciłam do pracy. Zajęłam się tym co tu i teraz przeszłość...jest bolesna ale już nie cofnę czasu,choć bardzo bym chciała. Do mojej zmiany było jeszcze trochę czasu więc wypełniałam swoje obowiązki jak najlepiej. Może jednak los mi sprzyjał bo w kuchni spotkałam Andreę.
 - i jak po randce z Tomasem?-spytałam zaczepiając ją. Zerknęła na mnie uśmiechając się pod nosem
 -dobrze,w sumie  odbyliśmy tą randkę tutaj-wzruszyła ramionami-Al cały czas nas zaganiał do czegoś i to przez to-dodała obojętnie- następnym razem się wyrwiemy-pisnęła cicho-Tomas to ideał-westchnęła. Przynajmniej ona mogła się cieszyć. Teraz na niej mogłam oprzeć cała swoją uwagę. Andrea pasuje do Tomasa bo oboje są tak naładowani pozytywną energią i długo się znają wręcz od dziecka. Trzymam kciuki za nimi,może nie od razu ale krok po kroku kto wie?...
 -Celia przepraszam-dodała-ja tu świruję a widzę że ty nie masz za dobrego humoru do tego-powiedziała siadając koło mnie-co się dzieje-spytała
 -nic-westchnęłam-gorszy dzień-dodałam na odchodne-dzięki za troskę i cieszę się z tobą i Tomasem-zdobyłam się na lekki uśmiech. Nie mogłłam tak odsuwać się od Andrei to nie w porządku.
 - nie chcesz czy nie możesz powiedzieć?-spytała unosząc brew
 - nie potrafię-wyznałam cicho-nie wiem...w środku mnie rozpiera by o tym powiedzieć a gdy już mam...to nie potrafię-szlochnęłam. Andrea popatrzała na mnie ze smutkiem i objęła lekko. Przytuliłam się do niej mimowolnie czując że tego potrzebowałam.
 -nigdy nie myślałam że skrzywdzę bliskie mi osoby-zaczęłam-jestem bezduszna i nie mam uczuć wyrzuciłam to z siebie  bez żadnego owijania w bawełnę
 -o czym ty mówisz?-spojrzała na mnie z ukosa dziewczyna
 -dzisiaj rano biegałam nie wiedziałam gdzie biegnę i w końcu dobiegłam do...domu Leo-pociągnęłam nosem-myślałam że nikogo nie ma aż tu widzę nadjeżdża samochód...
 -to był on-dokończyła za mnie
 -zobaczyłam Thiago zbierającego zabawki...wspominał o mnie-szlochnęłam po raz kolejny-tęskni za ciocia Celią,potem pojawiła się Anto...usłyszałam jej głos...najpierw pomyślałam ze to nie ona...a wtedy doszło do mnie że to ona ze smutkiem w głosie który cały czas stara się ukrywać-dodałam na jednym tchu-nasłuchiwałam co u nich i to był błąd-wyznałam cicho-przez dziurę w płocie widziałam ją...nie mogłam uwierzyć że to ja ją do takiego stanu doprowadziłam,to ja jej najlepsza przyjaciółka!-krzyknęłam i rozpłakałam się na dobre-nie mogę...nie powinnam tu przyjeżdżać i nie zakochiwać się w nim nie zaprzyjaźniać się z nimi wszystkimi....i mieć to wszystko gdzieś! ale to by było nie w porządku-pokręciłam głową-nie mogłabym zrobić im tego po tym jak stworzyli dla mnie rodzinę,coś najpiękniejszego w moim życiu-przypomniałam sobie beztroskie chwile gdy dopiero zaczynałam poznawać Neymara i budziła się we mnie miłośćć,miłośćć przez którą teraz cierpiałam. To było coś o czym nigdy nie zapomnę
 -teraz nie mam już nikogo...nie mam nic co mnie trzyma przy zdrowych zmysłach-popatrzałam na Andreę-mogłabym to zostawić...ale cały czas w głowie mam myśl że tu jest mój dom i nigdzie indziej tak nie będzie wiesz o czym mówięę...to mnie prześśladujęę i wiem...wiem że zawsze Barcelona będzie moim domem bez względu na wszystko choćbym miała ich więcej nie zobaczyć-wyznałam na samym końcu. Zrobiło mi się lżej pomimo mokrego ubrania
 - nigdy nie będziesz sama-powiedziała uśmiechnięta Hiszpanka-nikt z nas cię nie zostawi,jestęś jedną z nas czy tego chcesz czy nie,ciebie nie da sięę nie pokochać-roześmiala się dziewczyna wprawiając mnie w szeroki uśmiech. Miałaa zarażający śmiech. Dziewczyna nie zaprzestała w swoim dialogu-jesteś taka dzięki temu co przeszłaś i wierzę że jeśli są tacy jak mówisz to oni nigdy nie przestaną cię kochać-postukała mnie w czoło dodając przy tym cichy żart-pomogę ci ruszyć dalej-wyznała cicho-może nie od razu ale zobaczysz z czasem będzie jak dawniej-powiedziała przybijąprzybijając mi żółwia. Nic nie będzie takie jak dawniej ale spróbuję. Raz się żyje i nie wiem  co bedzię ale pewne jest to że się nie poddam. TO może życie i niech będzie co ma być.

***
Kochani mamy już 75 :* Kończy się pewien etap i mam nadzieję że następny będzie szokiem:* :*