Music ♥

piątek, 6 stycznia 2017

Rozdział 77

"Chcę być tą którą cały czas szukałeś i opłacało się czekać"
 
Piękne kłamstwo ale niestety nierealne. Pewnie nastąpi taka chwila że Leo prędzej czy później przypnie mnie do ściny i będzie o wszystko pytał. Byłam gotowa na wszystko,ale nie na to.  To spotkanie będzie moim najboleśniejszym. Mój najlepszy przyjaciel...nie będe mogłą znieść jego łez....a te łzy to właśnie ja wywołałam.Potrząsnęłam głową i na chwilę wyłączyłam myślenie.Do wieczora siedzieliśmy w barze ciesząc się zimnym napojem. Tak tak,to takie dziecinne ale to była najnormalniejsza rzecz jaką w życiu mogłam zrobić. Odstresowało mnie to do tego stopnia że zapomniałam o całym Bożym świecie i nim się obejrzeliśmy musieliśmy wracać na nocną zmianę. Przetarłam ręce i spojrzałam na rozpiskę. 
 -Ty i ja Tomas na 7 a Andrea i pozostali na 10-krzyknęłam lecąc palcem po kartce-później Andrea przyjdziesz do nas-mrugnęłam ze śmiechem. Nie mogłam o niej zapomnieć. Goście powoli się schodzili a ja w pędzie musiałam lecieć do Alejandra bo mieliśmy porozmawiać o Menu z Rodrigiem.....Zatrzymałam się przed drzwiami...To miało być jutro..Boże całkowicie mogłam się w tym pogubić.To przez Leo tak się zachowywałam.....bo przeszłość daje o sobie znać. Chodziłam zamyślona póki nie wpadłam na pomysł zajrzenia do wodnego świata. To był dobry pomysł ze względu że kochałam pływać. Gdy tylko przekroczyłam próg wszyscy ratownicy kiwali głową wiąc ciche "cześć". W ich wolnej chwili mogłam utrzymać im równowagę przy brodziku albo przy dużym basenie.Pomogłam chłopakom w aquaparku wprawiając ich w zdziwienie. To że miałam awans nie znaczy że nie mam pomagać  i uważać się za lepszą. To nie tak działa.  W pewien sposób zapewniałam sobie zajęcie i odcięcie od czarnych myśli. Taka praca ułatwiała mi funkcjonowanie. Pomaszerowałam do sekcji dla VIP. Tam już mogłam się wyluzować bo bar obsługiwał Tomas a my z Andreą oglądałyśmy jego popisy. Niesamowicie umiał zagadać mnie i Andreę dodając do tego przygotowane drinki. Po jego zmianie założyliśmy fartuchy zabierając się do przygotowania stołów. Julieta zaczęła odbierać zamówienia a Rodrigo zaczął robić swoje cuda. My jeszcze nie w pełni obudzeni zaczęliśmy wzajemnie wymyślać sobie zajęcia. Niestety albo nawet stety że nasza nuda długo nie potrwała. Stoliki się zapełniały i z biegiem czasu sala była pełna. Gwiazda miała wyjść tuż za chwilę gdy tylko wszyscy złożą zamówienia. Staliśmy w przejściu do kuchni czekając na wyjście gwiazdy. Tym razem bez problemu mogłam ją obejrzeć. Uchyliłam lekko drzwi i prześlizgnęłam się do środka. W sali nie mogło zabraknąć Natana kuzyna Alejandra. Gdy mnie zobaczył jak zawsze w jego oczach zobaczyłam dziką radość i ze swojego starego miejsca ulotnił się w nowe- tuż koło mnie. Przytuliliśmy się na powitanie i w czuliśmy się w klimat. Pojawiły się światła i zaczęła lecieć muzyka.... . Dopiero wtedy zorientowałam się że na scenie stoi pianino. Na scenę wyszła właśnie ona. ONA czyli Shakira Mebarak Pique we własnej osobie. Nie poznałam jej,buchało od niej takim...takim wielkim uczuciem którego nie mogłam poznać. Widziałam po niej że muzyka jest dla niej całym życiem i ona daje jej radość . Jeśli ona tutaj była....czyli.....Myślałam że będzie tutaj także Milan ale nigdzie go nie dojrzałam. Rozglądałam się także za Pique ale jego także nie było. Najwyraźniej Pani Shakira...Nie no Shaki przyjechała sama na występ. Śpiewałam jej piosenki wraz z nią. Gdy wcześniej obie je śpiewałyśmy......to byłam szczęśliwa że takiej sławy piosenkarka pochwaliła moje wycie. Kilka łez spłynęło po moim policzku ale ani razu nie odwróciłam od niej wzroku. Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie odpłynąć,zatracić się w tej muzyce....I nim się obejrzałam Kolumbijka śpiewała dalej. Mogłam przypomnieć sobie stare czasy. Nic się nie zmieniła,wciąż była tą sprytną i wrażliwą kobietą z którą się zaprzyjaźniłam..Jej piosenki znałam na pamięć czego nie dało się ukryć. Byłam ciekawa z jakiej okazji tutaj śpiewała?...Jakieś szychy siedziały w sali czy co?...Zaprzątało mi to głowę aż do chwili w której Shakira zakończyła swój występ. Minęły 3h....a ja wciąż byłam w amoku. Miałam całą mokrą twarz od łez co pokazywało moją miłość wobec Kolumbijki. Jej muzyka uświadamiała mi rzeczy które straciłam i których nigdy już nie odzyskam.Mimo tego chciałam skakać ze szczęścia widząc śpiewającą przyjaciółkę...
 -ty płaczesz?-spytał z ukrytą ironią w głosie Natan
 -co ty wygadujesz-powiedziałam niepewnie- coś mi oka wpadło-dodałam odchodząc od niego 
 -Celia wybacz mi-zatrzymał mnie brunet łapiąc za nadgarstek
 -  nic się nie stało-westchnęłam-przepraszam ale jestem bardzo zmęczona i wolałabym już iść...-dodałam nie patrząc w stronę drzwi z których właśnie wychodziła Shakira. Natan szybko odwrócił uwagę ode mnie przez co mogłam zwinąć się do pokoju ale zamiast skręcić w lewo skręciłam w prawo. Odnalazłam numer i ujrzałam nazwisko....Mebarak. Oczy mi się ledwo zamykały i mogłabym zostać tutaj już do rana a z drugiej strony nie mogłabym ponieważ Shaki by mnie poznała może nie po wyglądzie ale po smutnych oczach i mokrej czerwonej twarzy. Otworzyłam drzwi od pokoju i stanęłam w progu gdy wejście zawadził mi potężny mężczyzna. 
 -przepraszam-mruknęłam cicho prosząc by mnie przepuścił
 -ty z obsługi?-spytał aksamitnym głosem,nieco wysokim jak na faceta. 
 -tak,chciałam sprawdzić czy drzwi działają-palnełam coś co pierwsze przyszło mi do głowy i prosiłam Boga w duchu by w to uwierzył
 -jak widzę dobrze działają-parsknął śmiechem przepuszczając mnie. Szybko minęłam długi korytarz i wróciłam na swoje piętro. Musiałam ochłonąć więc za nim weszłam do siebie do pokoju zajrzałam do kuchni,Rodrigo zawsze miał coś pysznego do przekąszenia. Mi wystarczyło mleko....Pchnęłam drzwi i ujrzałam zmęczoną blondynkę przy kuchennym blacie. Podeszłam bliżej chcąc poznać jej tożsamość. 
 -szuka pani kogoś?-spytałam poważnie. Zawsze w takich dniach chciało mi się kakao więc nie miałam wyjścia by tu nie przyjść. Rodrigo mi wybaczy ale jej...kim ona jest i co tu robi? Przez chwilę jakby mnie nie słyszała aż w końcu się odwróciła. To była Kolumbijka. Coś jakby spała ale na stojąco i nie słyszała tego co do niej mówiłam. Tak jak sądziłam miała przymknięte powieki i słaniała się na nogach. Złapałam ją za ramię i podprowadziłam do stolika gdzie przygotowałam kakao. Przyglądałam się kobiecie poszukując w niej jakieś zmiany przez te 2 lata..Nic nie znalazłam nie zmieniła się ani trochę. Drżały mi ręce i wargi od bólu i uczuć którymi ją dażyłam. Pomachała rękami dotykając mojego odznaczenia i mojej blizny na ręku którą zrobiłam sobie gdy..oohoho kiedy to było....wtedy pokłóciłam się z Neymarem i właśnie tego wieczoru utwierdziłam się że moja miłość do niego to jak zakazany owoc. Opatrywał mi rękę i zarazem chwilę po przyprawił mnie o szybsze bicie serca...w prost nie do pomyślenia. Blondynka nie protestowała gdy kładłam ją na łóżko i przykrywałam kocem. Zasnęła tak szybko jak myślałam,to był długi dzień dla nas wszystkich. Słodko marszczyła nos przez sen wprawiając mnie w błogi stan senności. Czym prędzej wyszłam z pokoju kobiety i skierowałam się do swojego. Bez problemu go odnalazłam i jedyną rzeczą którą chciałam  w tej chwili zrobić to gorąca kąpiel. Napuściłam szybko wodę do wanny i pozwoliłam by wszystko co dzisiaj przeżyłam minęło. Wyszłam z wody po dobrych 20 min ponieważ uznałam że zaraz Tomas zacznie dobijać się do drzwi i dopiero będzie afera. Owinęłam mokre włosy w ręcznik i delikatnie zaczęłam się wycierać. Nabalsamowałam się cała i następnie włożyłam na siebie szorty i o wiele za dużą koszulkę która wciąż pachniała trawą cytrynową i morską bryzą. Z leniwym uśmiechem wsunęłam się pod kołdrę czując orzeźwienie w swojej głowie. Dzisiaj był 14 czerwiec...a co z tym szło...Jutro mam 18 urodziny. Morfeusz przyjął mnie na swoje łono i mogłam wtulić się w jedwabną poduszkę.
"Plaża,słońce i poczucie lekkości. Otworzyłam oczy przypatrując się ludziom mijającym mnie,nie wiedziałam gdzie jestem i dlaczego tutaj się znalazłam. Poszłam w stronę klifu który wydawał mi się znajomy,wspięłam się na niego w samych klapkach i stroju kąpielowym.....Gdy byłam już na szczycie przypomniałam sobie wszystko.To tutaj Neymar wyznał mi że mnie kocha i tu zaczęło się nasze wspólne szczęście. Ten nieziemski widok przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Dlaczego tutaj? Szukałam jakiś znaków ale nic nie znalazłam. Rozglądałam się za czymś co mogłabym pozna ale nic nie przyszło mi do głowy i usiadłam na zielone podłoże i oglądałam zachód słońca.Wpatrywałam się w horyzont ze łzami w oczach czując że wspomnienia wzięły nade mną górę. Dałam słonej cieczy swobodnie płynąć by sobie ulżyć w jakiś sposób.  Horyzont był taki piękny...a uczucie które mnie ogarnęło całkowicie nie przypomniało smutku ani żalu. Poczułam dotyk na swoim ramieniu. Obraz wokół mnie zmienił się na inny,byłam w ogrodzie. Poznałam to miejsce,znałam tutaj każdy szczegół przecież tutaj mieszkałam przez 3 tygodnie...to tutaj poznałam miłość mojego życia. To był ogród Neymara. Byłam wtulona w koc i siedziałam na leżaku leźa obserwując gwiazdy. Gdy obróciłam się by zobaczyć kto za mną stoi nie musiałam zgadywać by wiedzieć. To był ciemnooki. Wstałam i skierowałam swój wzrok na bruneta. Stał oparty o próg drzwi od ogrodu i patrzał w gwiazdy,był inny....zmężniał  ale i z poważniał. Neymara którego znałam już nie było. Zamyślony i smutny to nie takiego Neymara chciałam zobaczyć....Podeszłam do niego móc jeszcze raz spojrzeć w jego oczy,by ponownie zatracić się w jego spojrzeniu by choć na chwilę ponownie poczuć co to jest miłość. Ale piłkarz jakby mnie widział. Wyszedł z drzwi i usiadł na wolnym leżaku w ogrodzie. Ruszyłam za nim chciałam by na mnie spojrzał i zobaczył dziewczynę którą zapamiętał. Usiadłam na brzegu basenu nie spuszczając z niego wzroku. Wydawał się być nieobecny..a może to ja taka byłam?...Nagle zaczął płakać i klęczał na ziemi wyklinając po hiszpańsku na wszystko co miał w życiu. Podbiegłam do niego i pragnęłam objąć ale nie mogłam....to ja byłam duchem...to ja byłam tą"nieobecną" Brazylijczyk rozpaczał nad swoim życiem i wyrzucał wszystko z siebie. Chciałam mu ulżyć i uspokoić,jednak to było niemożliwe.Piłkarz nie mógł przestać bić się w pierś po tym co powiedział. Mnie także dogoniła rozpacz i smutek jednocześnie. Byłam obserwatorem i to były jego sny, wspomnienia z koszmarami w jednym. Kręciłam głową gdy doszło coś do mnie. To były dni odkąd ja zniknęłam,Neymar był taki na codzień i to ja mu to zrobiłam. Sen chciał mi pokazać jak wielką krzywdę uczyniłam najważniejszemu człowiekowi w moim życiu,jak połamałam mu serce i uczyniłam go innym człowiekiem a nawet wrakiem człowieka. Uciekłam z tego domu, usiadłam na chodniku chcąc się obudzić. Krzyczałam z całych sił chcąc już wyjść z tego koszmaru. Miałam dość.Jeśli tak było naprawdę to nie chcę więcej mieszać się w życie Neymara.  Obudziłam się mokra na twarzy i na duszy,to mnie przerosło. Wstałam i ruszyłam do kuchni. Tam wzięłam coś uspokajającego i wróciłam do siebie. Otworzyłam drzwi od tarasu i zostałam tam na dłuższą chwilę. Więc tak rozpoczynały mi się moje urodziny. Chcąc czy nie chcąc wróciłam do łóżka czujac że przyda mi się jeszcze kilka godzin snu. Musiałam ochłonąć od tego koszmaru i nabrać sił na dzisiejszy dzień. Spałam póki ktoś nie zapukał do mojego pokoju.
 -proszę!-krzyknęłam czując nieustanne pukanie. Wiedziałam kto to i od razu przycisnęłam poduszkę bardziej w stronę ucha. Wszedł jak do siebie i rozłożył się na(nie)swoim łóżku
 - nie za wygodnie ci?-spytałam mimowolnie uśmiechając się. Zrzuciłam go z łóżka słysząc huk jego ciała na podłodze. Skomlał trochę że go krzywdzę ale po sekundzie wrócił mu ten cwaniacki uśmiech. Podszedł za drzwi i przyniósł pełną tacę jedzenia. Oczy mi iskrzyły jak małemu dziecku. Naprawdę nie poznawałam go dzisiaj. Postawił przede mną   same pyszności. Oblizałam się mimowolnie śliniłam się na samą myśl o takim jedzeniu.
  -to..to dla mnie?-spytałam dotykając ręki Argentyńskiego Hiszpana 
 - a widzisz tu inną solenizantkę?-uniósł brwi ukazując jednocześnie swoje śnieżnobiałe uzębienie.
 -soleni..co?-zaśmiałam się majacząc coś pod nosem
 -to chyba ty masz dzisiaj urodziny prawda?-przysunął się bliżej dając mi do ręki małe pudełeczko-skromnie ale mam nadzieję że ci się spodoba-powiedział czekając aż otworzę jego prezent. Podałam mu pustą tacę i zajęłam się pudełeczkiem. Otworzyłam starannie trzymając go w napięciu. To była złota bransoletka a poprzyczepiane były do niej różne litery.
 -to pierwsze litery waszych imion-szepnęłam wzruszona
 -nie wiedziałem co ci dać więc na szybko wymyśliłem bransoletkę,Andrea powiedziała że lubisz biżuterię i stwierdziliśmy że powinnaa ci się spodobać-dodał szczęśliwy Tomas. Naprawdę był szczęśliwy.
 -Dziękuję,przecież nie musiałeś...-spojrzałam na niego szukajac jakieś pod powiedzi
 -to dopiero początek niespodzianek Montez-szepnął mi na ucho i musnał mój policzek-niestety to ostatnia miła-dodał cwaniacko. Gdy zobaczył mój zabójczy wzrok od razu uciekł do drzwi i rzucałam w niego poduszkami. Ze śmiechem wywabił mnie z łóżka sprawiajac że uczynił ten dzień wyjątkowym. Miałam w sobie taką energię która pchała mnie do zmiany,zmiany która stanowiła powrót. Podeszłam do szafy i wyciągnęłam z niej błękitną lekką sukienkę z odkrytymi plecami. Założyłam ją na siebie i zajęłam się makijażem. Posiedziałam chwilę nad toaletką i stwierdziłam że zrobię tylko lekko rzęsy i nic więcej. Ostatnim etapem były włosy. Miałam niepewność w swoich ruchach bo odkąd zaczęłam tutaj pracować zaczęłam nosić związane wysoko ale teraz....to się zmieni. Powrót jest najlepszym wyjściem by się uszczęśliwić. Ta nowa fryzura już dawno przerodziła mi się w mój naturalny kolor i postanowiłam że je rozpuszczę na ten jeden wyjątkowy dzień.  Od dawna nie czułam się sobą a teraz tak naprawdę tego doświadczyłam. Na swoją sukienkę nałożyłam szybko uniform zapinajac go w biegu po schodach. Dobiegłam do kuchni uśmiechając się szeroko do wszystkich. Ujrzałam swojego kolegę po fachu i od razu zjarzyłam że przyszłam ostatnia.....Alejandro najwidoczniej czekał tylko na mnie. Spuściłam zirytowana głowę i czekałam na słowa że mam karę itd....Minęłą chwila ale to nie nastąpiło.
 -myślisz że dam ci karę?-spytał ze śmiechem Alex
Pokiwałam głową,wszyscy się roześmiali a ja stałam jak słup nie wiedząc co tu się dzieje. Wjechał ogromny tort na stoliku z wielką 18 na  środku. Uchyliłam usta.Niemożliwe że zrobili to dla mnie.
 -to twój dzień i nie potrafiłbym ci dać w ten dzień nic innego jak uśmiech-szepnął Al podając swój prezent. Tego to się nie spodziewałam. To w końcu mój przełożony.....
 -otwórz-pośpieszył mnie
 -już chwila-powiedziałam cicho cała spinając się w środku. Co mógł mi dać? Gdy przerwałam papier dostrzegłam broszkę w kształcie znaku nieskończoności w środku z małymi świecącymii kamieniami. Wyjęłam ją i przypięłam od razu na uniform.
 -dziękuję Alex-złapałam za jego dłoń. Spojrzałam na niego jak na mojego przyjaciela,jako bliską osobę. Następnie oplótł mnie ramionami i mocno przytulił. Odwzajemniłam gest długo nie wychodząc  z jego ramion. Wszyscy wstrzymali oddechy póki oboje nie wróciliśmy do normalnych postaw. Ujrzałam Ala jako inną osobę. Był pełen ciepłych uczuć i bardzo rodzinny..to czyniło z niego wyjątkową osobę,niestety nie wiedziałam czy wszyscy widzą to co ja. Podano mi nóż do  tortu ale zanim to zrobiłam miałam zdmuchnąć świeczki na torcie. Pomyślałam życzenie i szybko zdmuchnęłam świeczki. Zaczęliśmy świętowanie. Gdy podawano mi talerzyki zabrakło mi kogoś...Andrea!. W mig pojawiła się w kuchni z wielkim pudłem w ręce.
 -przepraszam za spoźnienie ale to do ciebie...ktoś rano przyniósł-postawiła przede mną zaadresowaną skrzyknę i z moim nazwiskiem na samej górze. Zmarszczyłam brwi i odstawiłam pudełko na bok. Teraz niech mi to nie zaprząta głowy. Podałam Andrei kawałęk ciasta i wspólnie delektowaliśmy się smakiem ciasta. Od dawien dawna nie jadłam tak dobrego ciasta czekoladowego,ostanie ciasto czekoladowe zrobiła Marcela. Zjadłam ze smakiem i usiadłam na blacie machając nogami. Oblizywałam jeszcze usta podczas gdy Rodrigo postawił przede mną Mate. Pełen kubek tylko dla mnie...
 -pij-powiedział-przyda ci się dzisiaj energia-dodał śmiejąc się. Szybko zanurzyłam usta w bombili i nie mogłam się oprzeć takiemu smakowi jaki ma w sobie ten napój. Przypomniał mi iistare dobre czasy i czasy w których ostatni raz piłam ją z Leo w Paryżu. Oddałam naczynie i stanęłam ponownie przed wszystkimi
-Dziękuję wam za takie urodziny i taką niespodziankę-powiedziałam głośno uśmiechając się szeroko-nie wiem co bym zrobiła gdyby nie wy-dodałam już ciszej czując że łzy napływają mi do oczu, NIE W URODZINY NIE BĘDĘ PŁAKAĆ-DOŚĆ CELIA. Wszyscy objęli mnie mocno dodając mi pewności w to że mam takich ludzi wokół siebie.  Zabawa zabawą ale praca czekała. Alex wyszedł już wcześniej a jeszcze z Tomasem i Andreą rozmawialiśmy o dzisiejszym dniu. Dostali wezwanie na salę i skończyło się dobre. Nikt jednak nie powołał mnie do obowiązków...nie mów...to niemożliwe...DALI MI WOLNE? Przejeżdżając wzrokiem po wszystkim dostrzegłam pudełko które przyniosła Andrea.....Prawie o nim zapomniałam. Wzięłam je w swoje dłonie i ostrożnie postawiłam na stoliku. Była dołączona karteczka z nieznajomym mi pismem" Pamiętaj o śmiechu i zawsze bądź sobą gdziekolwiek będziesz" Odłożyłam ją na bok i otworzyłam pudełko. Gdy sięgałam w głąb skrzynki usłyszałam głosy i zbliżające się osoby. Pewnie ktoś z kuchni więc zbyttnio się tym nie przejęłam. Wzięłam do ręki coś kwadratowego i omal nie wywypuściłam go z rąk gdy dostrzegłam to na co patrzę. Było to zdjęcie oprawione w ramkę.Od razu wybiegłam z kuchni i pobiegłam do Juliety.
 -wiesz kto dzisiaj rano przyniósł do mnie tą paczkę?-spytałam ukrywając wewnętrzne rozdrażnienie
 -kurier-powiedziała pewnie-powiedział że to paczka ekspresowa-dodała wciąż robiąc coś na komputerze. Podziękowałam hiszpance i wróciłam do środka. Kurier..ale skąd....? Kto by znał mój adres i nazwisko? Zdjęcie...zdjęcie nie jedno a kilka...Zakryłam dłonią usta by nie wydobyć z siebie krzyku. Wyjęłam kolejne....kolejne....nazbierało się ich 10...Każde było inne i każe wbijało szpilkę w moje serce które i tak już przypomniało sobie ten ból....ale w moje urodziny?...Były przepiękne,każe z nich mówiło o innych chwilach ale wciąż z tymi samymi ludźmi.Ludźmi którzy stworzyli dla mnie drugą rodzinę,którzy zawszę będą dla mnie wszystkim. 
 -skąd to masz?-spytał poważny gruby głos.Przymknęłam oczy na chwilę zapominając o tym co się wydarzyło. Nie mogłabym o nie poznać,nawet z zamkniętymi oczami poznałabym ten głos chociaż z pewnymi zmianami.... 
 -było w recepcji...-szepnęłam bawiąc się palcami i wbijając wzrok w jego buty. Był  w klapkach
 -i powinno tam zostać...to było dla mojej przyjaciółki która ma dzisiaj urodziny...-westchnął podchodząc do pudełka i oglądając zdjęcia-to było dla niej....-pochylił się z rozpaczą w głosie. To był Leo w kawałkach....oczy nie dowierzały że to właśnie jego widzę a serce krzyczało zgodnie z prawdą że powinnam go przytulić i powiedzieć prawdę jeśli sam jej nie dostrzega. Wargi mi drżały i omal nie upadłam na kolana widząc takiego przyjaciela...przyjaciela który zrobił mi najpiękniejszy prezent urodzinowy. Zrobiłam krok w jego stronę i w tym samym momencie Leo odwrócił się w moją stronę.Nie zdążyłam ukryć łez i drżących warg a jedynie co mi pozostało to smutek. Argentyńczyk odsunął się od pudełka i ruszył ku wyjściu. Złapałam się blatu by nie upaść i zdawało mi się jakby ktoś położył swoje ręce na moich ramionach. Zdawało mi się bo nikogo oprócz mnie i oddalonego Leo tutaj nie było. 
 -chciałem ją dzisiaj znaleźć dla mojej narzeczonej....chciałem ją odnaleźć by odzyskać spokój ale to chyba był zły pomysł....zdjęcia były robione podczas jej pobytu w domu przyjaciela-westchnął-powinienem te zdjęcia gdzieś schować...-powiedział szybko zbliżając się do skrzynki
 -Nie-zatrzymałam go stając przed nim i podnosząc swój wzrok
 -muszę zabrać....-dodał-to przeszłość a ona nawet nie raczyła się odezwać we własne urodziny-minął mnie zabierając skrzynkę
 -nie zabierzesz jej nigdzie!-krzyknełam wydobywając z siebie całą energię jaką miałam w sobie-nie pozwolę ci zabrać najpiękniejszego prezentu urodzinowego!-powtórzyłam to drugi raz upewniajac się czy to napewno ja. Piłkarz stanął jak wryty w ziemię widząc moje wzburzone emocje. Zbliżył się i uniósł moją twarz. Przyglądał mi się i wtedy nastąpiło *pstryk* gdy Leo odsunął się ode mnie jak poparzony. Nie ustąpiłam i zabrałam mu z rąk skrzynkę i postawiłam w bezpieczne miejsce. Po policzku spłynęły mi łzy po czym mój przyjaciel uświadomił sobie przed kim stoi. Argentyńczyk uchylił usta i przecierając oczy ze zdumienia. Jakby zobaczył ducha a ja tu przecież byłam naprawdę!
 -Ce..Celia-wydukał ledwo  będąc coraz bliżej mnie.Złapał się za serce i szukając mojej ręki-to naprawdę ty..-usłyszałam z jego ust i załamanie w oczach-znalazłem cię-powiedział z chwilowym błyskiem w oczach. W momencie gdy chciałam coś powiedzieć do kuchni wszedł Rodrigo z Alexem. 
 -musimy ustalić...em Leo dawno przyszedłeś?-odezwał się Al
 -przed chwilą-otarł na szybkiego łzy wciąż miejąc mnie na oku. Widziałam że moja osoba dodała w jakiś sposób pewności i odwagi do życia. Musiałam się uspokoić bo naprawdę nie chcę by Alex także widział moje łzy. Nie miałam wyjścia jak tylko wypełnić swoje obowiązki
 -to my pójdziemy do gabinetu a wy do nas dołączycie tak?-spytał Rodrigo kiwając do Leo...
Wyszli szybko rozmawiając o czymś,na pewno o mnie.
 -musimy porozmawiać-dodał kładąc swoje dłonie na moim ramieniu-jak mogłem cię wtedy nie poznać....
 -Leo później...teraz mamy obowiązki-szepnęłam wyswobadzając się z jego dotyku i tym samym wychodząc z pomieszczenia. To co najgorsze miało dopiero nastąpić ale byłam pewna że wraz z Leo już nic nie będzie takie samo.
**
Tam tam tam!....Mamy wyczekany 77 :* Naprawdę pisałam go z taką chęcią że sama się dziwiłam  :) Czekam na opinie w komentarzach. Myślicie że Celia będzie chciała wrócić do swojego dawnego życia czy raczej po rozmowie z Leo zostanie tak jak jest?...

1 komentarz:

  1. Kocham Cię za to, że Leo dowiedział się prawdy! <3
    Czekam na next, a w wolnej chwili zapraszam do mnie: http://ni-los-anos-ni-los-contratiempos.blogspot.com/2017/01/rozdzia-7.html
    Buziaki ;*

    OdpowiedzUsuń